W dzisiejszej Gazecie Prawnej pojawił się bardzo ciekawy artykuł traktujący o walce producentów gier z rynkiem wtórnym swoich produktów.
Możecie go znaleźć pod tym
adresem.
Pokrótce - tekst poddaje pod wątpliwość umieszczania na pudełku przez niektórych producentów zapisów zakazujących odsprzedaży zakupionego produktu.
Artykuł nie pozostał bez echa i komentowany jest choćby na
poligamii.
Nie mam zamiaru komentować tego materiału, pozostawiam to dziennikarzom z innych serwisów. Do myślenia dał mi jednak mały fragmencik, który komentatorom umknął, a mnie niezmiernie zaciekawił.
Pozwolę sobie go zacytować:
Wątpliwości ekspertów budzą także inne praktyki producentów gier. Chodzi o uniemożliwienie drugiemu nabywcy grania online. Może się bowiem okazać, że ta funkcja działa tylko na pierwszym komputerze, na którym została zainstalowana gra. To oznacza, iż pierwotny nabywca nie będzie mógł sprzedać tej samej rzeczy, którą kupił. Zastosowanie tego zabiegu, podobnie jak umieszczanie na pudełku napisu, iż płyty odsprzedać nie wolno, może oznaczać, iż gracz wcale nie nabył w sklepie produktu, a jedynie zobowiązanie producenta do dostarczenia mu rozrywki.
Czyżby wychodziło na to, że umożliwianie sieciowej rozgrywki tylko posiadaczom online pass jest łamaniem prawa?
Twórcy i producenci twierdzą, że jest przyszłością:
No proszę, taki Ed Boon uważa, że jest to sposób, aby miliony zainwestowane w produkcję gry się zwróciły. Można przez to rozumieć, że aktualna cena gier jest za niska?
Pomysłów Bobby’ego Koticka nawet nie będę tu przytaczał, a pazerności po imieniu nazywać nie będę, bo to przecież nieładnie.
Wracając do tematu online passów zaczęła mnie nurtować pewna myśl. A co jeśli ja nie chcę grać po sieci? Czy nie powinienem w takim wypadku mieć możliwości zakupu nowej gry nie zawierającej kodu umożliwiającego grę po sieci? Oczywiście po odpowiednio zrabatowanej cenie. Przecież idąc tropem myślenia pana Boona itp. – nie korzystam z tej opcji, w związku z tym nie powinienem płacić ludziom odpowiedzialnym za stworzenie trybu sieciowego, architektom map itp. Dlaczego zatem jestem zmuszany do zakupu usługi, której nie chcę?
Co więcej – zaraz za tą myślą nasuwa się kolejna.
Aby mieć możliwość grania po sieci jestem zobligowany do posiadania konta gold w usłudze Xbox Live dla urządzenia firmy Microsoft. Co jeśli takowego konta nie posiadam, bo po prostu nie mam ochoty wydawać na nie kasy? Po co mi online pass? Wychodzi na to, że aby skorzystać z pełnego wymiaru oferowanych przez program dobrodziejstw zmuszany jestem do wykupienia dodatkowych usług, ponieważ w tym przypadku nawet posiadając przepustkę sieciową grać po sieci mi nie będzie dane.
Widząc nadciągające gromy, jakoby tryb multiplayer był nieodłącznym elementem gier pokazuję taką figę:
Osobiście znam wiele osób, które nabyło drogą kupna duże i grube tytuły, ujawniające swą wielkość dopiero podczas zabawy na multi, takie jak Battlefield 3, Modern Warfare 3, Uncharted 3, Assassins Creed Revelations itd. (uwaga, nadciąga herezja) TYLKO DLA SINGLA.
Wiem, że mogą sobie kupić przechodzony egzemplarz, ale niektórzy, wychodząc z założenia, że pudełko musi się pokryć kurzem na ich półce po prostu nie kupują używek. Poza tym, jeśli chcą zagrać w nowość, to przechodzonego egzemplarza w dniu premiery nie nabędą, prawda?
Dlaczego nie mają możliwości zakupić wersji Single player – Only?
Odpowiedzi na to pytanie jest dość prosta i można ją zawrzeć w kilku znaczkach dolara.
Szczerze mówiąc nie sądzę, aby jeden artykuł coś zmienił, ale może wywoła dyskusję na temat wszelkiego rodzaju przepustek do dodatkowych wariantów w grach.
A dyskusje są dobre.
Przecież nie tak dawno temu nie mieliśmy jeszcze Xbox Live w Polsce, a po wielu rozmowach, akcjach i inicjatywach usługa ta zamrugała w polskich konsolach.