sobota, 4 sierpnia 2012

Syndicate





W czasach gdy podstawówka liczyła sobie osiem klas a człowiek mógł zwać się dumnym posiadaczem takiej na przykład Amigi i raczkował w świecie elektronicznej rozrywki w rzeczonym świecie pojawił się tytuł, który zapadał mocno w pamięć. Mroczny cyberpunkowy klimat, korporacyjne rozgrywki, implanty wzmacniające wszystkie części ciała i agenci poruszający się po olbrzymich i zatłoczonych metropoliach.Chyba każdy gracz oscylujący dziś w okolicach trzydziestki pamięta i miło wspomina oryginalnego Syndicate z 1994. Electronic Arts w lutym 2012 wypuściło na rynek reboot tej klasycznej gry. Co z klasyka zostało? Wspomniana mroczna i duszna atmosfera. Co się zmieniło? Praktycznie wszystko. Czy to źle czy dobrze? Rzućmy okiem.






Jednoosobowa armia


Pierwowzór Syndicate był wariacją strategii czasu rzeczywistego z izometrycznym widokiem na pole walki. Produkcja studia Starbreeze z 2012 roku nie ma już z tym nic wspólnego - mamy tutaj bowiem do czynienia ze pierwszoosobową strzelaniną. Nasz protagonista, Miles Kilo jest agentem na usługach największej z korporacji, Eurocorp, wykonującym zadania specjalne. Tego rodzaju zlecenia wiążą się z użyciem dużego wachlarza broni - od lekkiej po ciężką, przeplataną dużą ilością materiałów wybuchowych. Bohater, którego przyjdzie nam poprowadzić zgodził się na wszczepienie eksperymentalnego chipa mózgowego, który zwielokrotnia silę, szybkość oraz pozwala na używanie bojowych aplikacji. W trakcie walki bowiem będziemy mieli okazje zmierzyć się z żołnierzami innych syndykatów uzbrojonych w pancerze reakcyjne, powłoki zapewniające niewidzialność, oraz broń ciężką. Takich przeciwników niejednokrotnie łatwiej będzie nam usunąć aplikując złośliwe oprogramowanie do ich wszczepów, powodując u ofiary podjęcie próby samobójczej, lub sprawiając, że otworzy ogień do swoich towarzyszy. Jeśli chodzi o aplikacje bojowe to najczęściej nasz bohater będzie używał ich do włamań do systemów otwierających drzwi, hakowania wieżyczek czy obronnych UAV lub przedzierania się przez zabezpieczenia pancerzy przeciwników. Nie samym chipem agent jednak żyje. Do eliminacji wrogów producenci udostępnili graczowi całkiem pokaźny arsenał, którego całego wymieniać nie będę. Dość przyznać, że każdy znajdzie swoją ulubioną pukawkę. Mamy przekrój przez karabiny i pistolety maszynowe, broń krótką, snajperską, na minigunie kończąc. Dla pragnących dodatkowych wrażeń dostępne będą miotacz ognia i wyrzutnia rakiet, jeśli zaś szukasz uzbrojenia rodem z roku 2069 laserowa lanca czy karabinek miotający wyładowaniami elektrycznymi są dla Ciebie.






Bogatsi będą bogatszymi


Fabuła Syndicate nie należy do najbardziej wymyślnych, co nie znaczy, że jest słabym elementem. Wykonujemy misje zlecone przez szefa naszego syndykatu, podczas których prujemy ołowiem do wszystkiego co się rusza - nawet cywilów. Nie wszystkie jednak stanowią zamkniętą całość. Niektóre gładko przechodzą jedna w drugą kontynuując opowieść o agencie z eksperymentalnym wszczepem i wyjątkowymi umiejętnościami, który z posłusznego narzędzia wykonującego wolę syndykatu stanie pośrodku korporacyjnej wojny, w której pojawią się również siły rebeliantów, biedoty wyzyskiwanej przez wielkie molochy. Gra obfituje w ciekawe momenty, kilka zwrotów akcji - jest wszystko czego można się spodziewać. I to właśnie może być dla wielu osób zarzutem. Fabuła jest przewidywalna i prowadzi nas po sznureczku z puntu A do punktu B. Gra nadrabia jednak sporo klimatem. Duszne biura i laboratoria, niebotyczne biurowce, opuszczone slumsy i wszechobecny szum informacyjny. Dla wielbicieli cyberpunka więcej nie trzeba. Niestety przy kampanii pojawia się kolejny i to dość mocny zarzut pod adresem Syndicate, mianowicie jej długość. Grę można ukończyć na jedno - dwa dłuższe posiedzenia i to bez względu na poziom trudności. Z racji wspaniałej atmosfery, którą twórcom udało się osiągnąć, aż się prosi o kilka dodatkowych misji, tutaj opowieść kończy się zaraz po rozpoczęciu i pozostawia po sobie pewien niedosyt.






Co tam masz na wyświetlaczu?


Grafika w Sydicate jest wykonana poprawnie i potrafi przykuć uwagę, ale pozostawia po sobie ambiwalentne wrażenie. Pukawki, tekstury, otoczenie, budynki są wykonane naprawdę fajnie, czego nie da się na przykład powiedzieć o postaciach. Miałem wrażenie, że bohaterowie nie są wykonani z należytą starannością i szczegółowością równą chociażby projektom broni. Może się czepiam, ale postaci wydawały mi się być nieco zwaliste i muliste, nie do końca pasujące do otoczenia. O grafice nie ma się co rozpisywać. Większych błędów nie idzie zauważyć i w ogólnym rozrachunku nie można powiedzieć, że strona wizualna jest słabym elementem gry. Niestety tym samym nie jest jej atutem. Jest po prostu poprawna.






A co z głośników płynie...


Strona dźwiękowa „Syndicate“ w przeciwieństwie do grafiki jest wyjątkowa i od razu rzuca się w ..uszy. Odgłosy wystrzałów, broni, otoczenia i szeroko pojęte dźwięki abientowe są rewelacyjne. Odgłos jednostrzałowego karabinka Kusanagi (czy ta nazwa komuś się jeszcze kojarzy?:) roznosi się po głowie jeszcze długo po wyłączeniu konsoli. Reszta pukawek jest również wspaniale odziana w dźwięki. Pojawiające się zewsząd odgłosy komunikujących się ze sobą przeciwników, wiadomości płynące z holograficznych projekcji, pracująca machineria to pierwszorzędna, zapadająca w pamięć robota ludzi od efektów dźwiękowych. Cyberpunkowego klimatu dodaje muzyka, która jest techno-industrialową mieszanką wspaniale rozlewającą się po rozgrzanych rozgrywką synapsach. W głośnikach można usłyszeć również utwory, autorstwa gwiazdy dubstepu, Skrillexa, który jest znaną i uznaną w świecie elektronicznych dźwięków marką. Nie mogę też przejść obojętnie obok obsady aktorskiej, którą można usłyszeć w grze. Micheal Wincott, którego ze świata gier znamy z Halo 2 i z nadchodzącego Darksiders 2, a także z wielu filmów, posiadający tak charakterystyczny głos, że trudno go nie rozpoznać (i nie lubić). Rosario Dawson, którą można było zobaczyć chociażby w Sin City czy Grindhouse. Brian Cox znany z serii filmów o X-menach czy Braveheart. Te nazwiska przykuwają uwagę i dopełniają widowiskowości. Warstwa dźwiękowa bardzo miło i przyjemnie mnie zaskoczyła. Dźwięki pasują jak ulał do cyberpunkowego świata i wybijają się ponad przeciętność w swojej lidze.






Bez sieci się nie obędzie


Twórcy Syndicate na szczęście nie zapomnieli o trybach dla wielu graczy. Może słowo „wielu“ jest nieco na wyrost, ponieważ jeśli chodzi o multiplayer to mamy dostępne wyłącznie rozgrywki kooperacyjne. Drużyna złożona z maksymalnie czterech agentów musi wykonać szereg zadań na dostępnych dziewięciu planszach. Poza przebijaniem się przez kordony wrogów będziemy wykradać dyski z danymi, materiały biotechnologiczne, likwidować wrogich oficerów, czy też wysoko postawionych oficjeli wrogich syndykatów. Rozgrywki są emocjonujące i szybkie, kule świszczą na lewo i prawo, wrogowie nadchodzą z każdego możliwego miejsca. Misje, szczególnie na wyższych poziomach trudności nie przechodzą się same. Wymagają zaangażowania, odpowiedniego ulepszenia broni, załadowania odpowiednich aplikacji bojowych i dużej współpracy między graczami dzięki czemu rozgrywka sprawia naprawdę dużo frajdy. Tu nie ma za miejsca dla kowbojów. Ukończenie wszystkich plansz na najwyższym poziomie trudności wymaga zgranej drużyny, ale dostarcza też dostarcza olbrzymiej satysfakcji. Przy co-opie bawiłem się naprawdę dobrze i nawet nie zwróciłem uwagi, że rzuciłem inne tytuły w kąt i od dłuższego czasu wykonuję zlecenia przewodniczącego mojego syndykatu.






Niebo ma kolor monitora ustawionego na nieistniejący kanał


Syndicate miło mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się wodotrysków i ich nie otrzymałem. Dostałem za to klimatyczny shooter, którego największą wadą jest długość, a właściwie krótkość kampanii. Dostałem dodatkowo wciągający multiplayer i genialną ścieżkę dźwiękową. Do tego tytułu podchodziłem raczej z rezerwą, spodziewając się kolejnego „półkownika“, o którym nie myśli się po ukończeniu kampanii single player i odstawia w kąt. Syndicate natomiast od momentu zagoszczenia w napędzie mojej konsoli nie opuszcza jej w ogóle.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz